poniedziałek, 8 kwietnia 2013

fragment powieści "Turkusowe wiśnie"

mój ulubiony fragment powieści dla dzieci "Turkusowe wiśnie" 


"(...) I poszła Marcysia piaszczystą ścieżką. Ścieżka zdawała się rozdzielać świat na dwie, jakże różne części. Na jednej z tych części rosła piękna, soczysta, ciemnozielona trawa, na drugiej – wysokie do nieba, jeszcze zielone zboże. Marcysia była bardzo mała i dlatego zboże wydawało jej się takie wysokie. Falowało kilkanaście centymetrów ponad małą główką dziewczynki. Marcysia widziała tylko te sięgające błękitnego nieba seledynowe kłoski. Nagle niebo przeszyło coś czarnego. Dziewczynka przystanęła i z uwagą zaczęła obserwować błękit. Tym razem coś czarnego przeleciało tuż nad kłosami zboża. Marcysia wstrzymała oddech. – Aaaa... to jeżyki. To takie ptaszki podobne do jaskółek – powiedziała do siebie, żeby się uspokoić. Od ciągłego patrzenia w górę rozbolała ją szyja. Opuściła głowę. Wtedy wszystko się odmieniło. 
Łąka to już nie była łąka. I ścieżka nie była już ścieżką. Nie było ani ścieżki, ani dwóch światów, które rozdzielała. Bo nagle, nie wiadomo jak i kiedy, łąka zamieniła się w łagodnie falujące, malachitowe morze, a ścieżka w cudownie ciepłą połyskującą złotem plażę. Marcysia wcale nie broniła się przed tym nierzeczywistym widokiem. Bardzo chciała widzieć morze i bardzo chciała iść po rozpalonej słońcem plaży. Zdjęła sandałki i zanurzyła stopy w gorącym piasku. Zrobiła kilka kroków i znowu kilka... Tym razem nie zatrzymała się. Czuła na twarzy ciepły wiatr. Widziała jak z każdym powiewem morze sięgało coraz dalej i dalej... aż w końcu zalało plażę i nabrzeże. Bo teraz zboże to już nie było zboże tylko wysokie do nieba, seledynowozłote nabrzeże. Nabrzeże pod naporem malachitowej wody i podmuchów wiatru gięło się i nachylało.
Było tylko słońce, piasek i morze... (...)"