czwartek, 30 grudnia 2010

ballada polityczna, czyli jak Prószek w Nadprószność swoją uwierzył i co z tego wynikło

nie będzie podsumowań, choć teraz czas podsumowań. Ta ballada jest do-wolnym myśleniem moim na temat politycznego nadymania się i marności efektów jego, tego nadymania :)

Prószek z nieba prószył - drzewa mi połamał,
w piecu żar zadusił, świerszcze powyganiał.
Przykuł rzeczne brzegi, przycupnął na trawie.
Przeleciał prósznością ponad ludzkim prawem.

Zaprószył prószkami jeziora zielone,
przeciął starą górę. Nad morze wzburzone
wleciał z wielkim hukiem i z wielką pewnością
uderzył w to morze swoją Nadprósznością.



Jęknęło morzątko pod bielą lodową.
Skuliło się na dnie. Falą kryształową
przylgnęło do piachu, co niegdyś pod słońcem
wydmą się prężyło, jak maki na łące.

Nie trwało to długo, gdyż Czas nadszedł Wolny,
a Czasu nie zakuł nasz Prószek swawolny.
Nie zakuł, zapomniał w swojej Nadprószności,
że czas Pan Najwyższy w drodze do Wolności.

Że w małej sekundzie Czas uwolni dusze
i słodką odwilżą w kroplę zmieni Prószek.

Jaki z tej ballady morał się wyłania?
Czas zawsze jest Wolny i nie skujesz drania.
Czas zawsze nadejdzie.
Tak w kosmosie bywa.
Nadprószność choć Prószka z Czasem nie wygrywa.
:)