sobota, 31 lipca 2010

faworki



Zadzwonił telefon.
- Słucham? – spytałam normatywnie.
- Mam dla ciebie faworki – usłyszałam uradowany głos mamy.
- Dwa worki? – spytałam, bo zrozumiałam „dwa worki”.
Jeśli zakłopotanie można usłyszeć, to właśnie to zakłopotanie usłyszałam w telefonie…
- Nie worki, tylko faworki – cierpliwie powtórzyła mama.
- A po co mi dwa worki? – udałam, że nadal nie rozumiem, choć przecież już zrozumiałam, że chodzi o faworki. Chciałam pożartować, rozbawić mamę.
W słuchawce najpierw zatrzeszczało, a potem usłyszałam jak mama mówi do taty: Heniu, chodź no tu prędzej, bo nie mogę się z nią dogadać, chyba mnie nie słyszy.
W słuchawce znowu zatrzeszczało i usłyszałam głos taty:
- Halo?
- To ja mówię „halo” – dalej sobie żartowałam.
- No to mów to swoje „halo” – tata podjął żarty.
- No to mówię – „halo”?
- Co halo?
- A co, coś u was nie halo?
- Nie, nie, u nas wszystko halo. A u ciebie?
- U mnie też halo.
- To po co dzwonisz?
- Ja?! To mama zadzwoniła!
- Aaaa…. bo ma dla ciebie faworki.
Czułam, że jeśli powtórzę żart z workami, przekroczę granicę, za którą nie będzie śmiesznie. I powtórzyłam.
- Dwa worki? Jakie worki?
- Pod oczami – odparował tata.