niedziela, 27 czerwca 2010

projekty pani Niny

W książce Ewy Lewandowskiej pt. Fani Mani, znalazłam projekty koszulek Fan Klubowych. Myślę, że obecni Fani Maryli Rodowicz mogliby mieć takie właśnie koszulki - byłby to nasz znak firmowy.
Takie koszulki byłyby tym bardziej cenne, że autorką projektów jest mama Marylki - pani Nina Rodowicz-Krasucka.
Oryginalne projekty nie miały adresu oficjalnego serwisu internetowego Gwiazdy. Dodałam ten adres, bo myślę, że gdzieś powinien się znaleźć.
Co o tym myślicie?
no i oczywiście koszulki należy "pokolorować".



autor projektu: Nina Rodowicz-Krasucka

środa, 23 czerwca 2010

Ja z podróży... wywiad z Marylą Rodowicz

zapraszam do lektury - kliknij i czytaj :)
Wywiad z Marylą Rodowicz "Ja z podróży..." (Gala)



GALA:
„Techniczny” i jego żona wyciągnęli Panią z bezdomności.

MARYLA RODOWICZ: Był czas, że pomieszkiwałam u nich w kuchni. Wszystkie swoje ciuchy trzymałam w takim przezroczystym, wielkim worku, żeby wiedzieć, co, gdzie. Rozpoznawałam po kolorach. Spałam w kuchni na polówce – rozkładanym łóżku.

GALA: Od czego zaczęła Pani życie „na swoim”?

MARYLA RODOWICZ: Moja mama kupiła mi pralkę, słynną „Franię”. Spałam na dmuchanym materacu. I miałam stolik turystyczny, z jakim jeździło się do lasu. I gra muzyka!

GALA: Pierwszy mebel?

MARYLA RODOWICZ: Kupiłam stół w Swarzędzu. Chciałam mieć czarny i oni w tej fabryce mi go specjalnie pomalowali. Robili wtedy tylko jasne. Piękny stół, naprawdę świetny: duży, masywny. Potem stolarz zrobił mi szafki w kuchni. Majstrował je przez cztery miesiące. Ponieważ ciągle gdzieś jeździłam, nie mogłam go kontrolować, a on... zrobił sobie warsztat w moim mieszkaniu. Kiedyś wróciłam z jakiegoś festiwalu, chciałam z nim wreszcie porozmawiać, że to za długo trwa, ale zadzwonił ktoś do drzwi. Otwieram i widzę obcego człowieka: ,,Czy jest pan stolarz?” – pyta. Ja mówię, że „tak” i słyszę: „No bo on nam robi dwie szafki do łazienki.”... „Jak to robi?” – zdębiałam. „Pan stolarz” urządził sobie w moim mieszkaniu warsztat i pracował dla całego Ursynowa.(...)

cały wywiad z Marylą Rodowicz w najnowszej Gali

poniedziałek, 21 czerwca 2010

czwartek, 17 czerwca 2010

głuchy telefon?


Basia sfotografowała dwa myszołowy, to zawieszam razem z historią prawdziwą :)
Otóż dostałam nowy telefon. Walczyłam z nim kilka dni. Za każdym razem, gdy byłam bliska rezygnacji, odzywał się głos ambicji: no co ty Kraczkosiu, nie dasz rady?
Pewnie, że dam! Rzeczywiście, po kolejnych kilku dniach prawie opanowałam potwora. I wtedy ZADZWONIŁ:
- Halo! - krzyknęłam nie będąc pewna czy w dobre miejsce go dotknęłam, bo dotykowy jest.
- Halo, czy to prni... traktor? - usłyszałam kobiecy głos.
- Traktor? Jaki traktor? Halo! Kto mówi? - pytałam raz za razem, bo zaskoczył mnie ten prnitraktor.
- Ha... pr...ni... traktor? - kobieta powtórzyła pytanie.
Zbaraniałam. Każdy by zbaraniał. Jaki traktor do cholery?!
- Halo, proszę powtórzyć! Że co? - nie odpuszczałam.
Kobieta po drugiej stronie zaniemówiła. Ale tylko na sekundę, po której spokojnie i wyraźnie zapytała:
- Halo, czy to głuchy pień?
Tym razem ja zaniemówiłam, ale też tylko na sekundę.
- Tak, tu głuchy pień – podchwyciłam, bo poznałam głos Truskawy.
- Pytałam czy to „pani redaktor”, bo mam problem lingwistyczny. Chciałam się skonsultować.
- Aaaaaa... a ja nowy telefon mam. Usłyszałam, że traktor.
- Wiem co usłyszałaś, bo drzesz się: traktor, traktor!
- Wcale się nie drę, tylko nie wiedziałam czy dobrze usłyszałam, to zapytałam jaki traktor?
- Aaa.... a ja myślałam, że sobie żartujesz.
- Ja? No chyba sobie żartujesz!
- A idź tam! Z tobą to w ogóle nie da się gadać. Zmieniasz te telefony i zmieniasz, i nic się nie zmienia. Dalej nic nie słyszysz!
- No bo ja głuchy pień jestem!
Zamilkłyśmy. Obie myślałyśmy chyba o tym samym. No tak, oczy jeszcze jakby w porzo, ale uszy...
- Myślisz, że to nie sprawa telefonu? - spytałam.
- Sama już nie wiem, co myśleć, ale ty pomyśl.
Pyk - przerwało połączenie. Chyba go dotknęłam policzkiem nie tam, gdzie chciał, bo przecież dotykowy jest :)

sobota, 12 czerwca 2010

hasła wyborcze i moja czarna gorycz


Zajrzałam w hasła wyborcze kandydatów na prezydenta Polski. Wybory tuż, tuż, trzeba się przygotować :)
Zajrzałam spojrzeniem powłóczystym, rozumnym spojrzeniem zajrzałam, z przejęciem nawet. Z powagą. Przecież po coś te hasła są.
I przemówił do mnie JanuszK-M.: Wolność i Praworządność.
- Jak to? – pomyślałam – przecież to już mamy. Chyba, że o czymś nie wiem... Albo chyba, że pan Janusz nie wie, w jakim kraju żyje.
Trwałam w zamyśleniu chwilkę, aż tu czytam: Razem zmienimy Polskę.
- Cholera jasna, jednak o czymś nie wiem. Nie wiem, że w Polsce nie ma demokracji, że rządzi nami junta więc o wolności mowy nawet nie ma! I GrzegorzN. chce to zmienić! Mało tego - chce tej zmiany dokonać ze mną! O matko, pewnie, że tak! Że Razem! W przekonaniu do zdania Grzegorza umocnił mnie Waldemar P., bo Waldemar dorzucił od siebie „Dialog i porozumienie”.
- Tak, tak, tak! To oczywiste. Koniec z awanturami, z nieporozumieniami koniec. Wreszcie przyszedł czas zmian. Już w lipcu zaczniemy rozmawiać i będziemy dotąd rozmawiać, aż się dogadamy. Aż się porozumiemy. Jak Polak z Polakiem!
Byłam naprawdę szczęśliwa i wszystko byłoby fajno, gdyby nie BronisławK., który nagle rzucił z telewizora: Zgoda buduje!
- Zgoda proszę pana – zgodziłam się z panem Bronisławem.
A jednak mój zapał oklapł.
- Czy oni przypadkiem nie mają na myśli sejmu?
I już miałam trzasnąć laptopem, gdy w uszy wlał mi się aksamitny głos AndrzejaO.:Wybierz swój dobrobyyyyt...
- Jak mogłam być tak niesprawiedliwa?! Jasne, że wybieram! - krzyknęłam do Apatii, która właśnie gryzła z zapałem swoją poobiednią kość. Apatia nawet na mnie nie spojrzała. To, co dla niej najważniejsze, miała już pysku. Chwilę obserwowałam psa i wtedy przyszło zdziwienie: to czyj ja dobrobyt do tej pory wybierałam? I już zaczynałam zapadać się w samokrytyce, gdy ze swoim okrzykiem wyskoczył JarosławK.: Polska jest najważniejsza!
Aż mnie zgięło.
- Jasuuuuu, ale ze mnie egoistka! Myślę tylko o sobie. Stale i wciąż o sobie, a tu przecież o Polskę chodzi!
I żeby całkiem siebie nie znienawidzić, wstałam od biurka i poszłam do kuchni. Zapaliłam pod czajnikiem gaz i wyjęłam z miętowej szafki mój ulubiony kubek w czerwone papryczki.
- Ale, ale... przecież Polska to ja – pomyślałam wsypując w papryczki czarną kawę. - Wielkie sprawy, małe sprawy – to ja przecież. Ten kraj, to miasto, ta wieś, ta górka i ta rzeka wylana, rozlana... – to wszystko ja.
Z kubkiem pełnym ulubionego płynu zasiadłam ponownie przed komputerem. Już wiedziałam co wybrać – wybiorę siebie. Wypiłam łyk kawy. Czarna gorycz właśnie rozlewała się po zmysłach, gdy do kompa jak wicher wpadł MarekJ. Wpadł i krzyknął: Najważniejsza jest wiarygodność!
O mało się nie zakrztusiłam. Zdałam sobie bowiem sprawę z tego, że wszyscy kandydaci walczą o coś, czego w Polsce nie ma!
MarekJ. walczy o wiarygodność, JarosławK.o Polskę, AndrzejO. o mój dobrobyt, BronisławK. o zgodę, zaś GrzegorzN. o... wszystko.
To co oni do tej pory robili? O co walczyli?
Zaczynałam wątpić. Zresetowałam kompa, napisałam wiersz, zajrzałam do Marylkowej Świetlicy, wpadłam też do Mariolki w nadziei, że namalowała coś nowego. Odebrałam pocztę. Basia namalowała dmuchawce. Ładne. Wzięłam na tapetę...
- Mam! Przecież jest jeszcze AndrzejL.! Może chociaż on, chłop z krwi i kości żyje w wolnym, sprawiedliwym kraju, w którym ludzie są zgodni i potrafią ze sobą rozmawiać, potrafią budować. Może on zaproponuje coś, co będzie rozwojem. Przyszłością!
Nerwowo wertowałam strony internetowe. Jest! Hasło AndrzejaL.: Jestem jednym z Was...
Dopiłam czarną gorycz.

środa, 9 czerwca 2010

kosmos na jednym wdechu

Człowiek, który dokonał tego niezwykłego skoku to Guillaume Néry - mistrz świata freedivingu - sportowcy pokonują morskie głębokości na wstrzymanym oddechu.
Błękitna Dziura, którą oglądacie to nic innego jak morska jaskinia, jest ich wiele na świecie - ale ta znajdująca się na Bahamach ma aż 202 metry głębokości!
Autor zdjęć - Julie Gautier - filmował również na wstrzymanym oddechu.
W czasie emisji oddychajcie normalnie, żeby się nie udusić. To oni nurkują, a nie my :)

wtorek, 1 czerwca 2010

Dzień Dziecka i wierszyk "W szafie"

rys. Maja Ignasiak

z okazji naszego święta - święta wszystkich dzieci - wierszyk (mój) i rysunek Mai :)
dzięki Maju!

W SZAFIE

Mała Hania już od rana zabrała się do sprzątania.
Najpierw szafę otworzyła i ubranka ułożyła:
bluzki razem ze swetrami,
a czapeczki z szalikami.
Potem spodnie i spódniczki
a na końcu rękawiczki.
– Ach, jak w mojej szafie ładnie.
Wszystko ułożone zgrabnie.
Nikt nie powie, jakem Hania,
że w nieładzie mam ubrania.
Teraz mogę iść do Zosi
i na lody ją zaprosić.

Tylko Hania drzwi zamknęła,
bluzka kłótnię rozpoczęła:
– Nie chcę leżeć przy sweterkach!
I nie lubię pulowerka!
Tak. Opuszczam was kochani.
Wolę półkę ze spodniami.

Odepchnęła się mankietem i zleciała w dół z beretem.
Beret złapał w locie szelki, dwa szaliki, trzy sweterki,
potem spodnie i spódnice, a na końcu rękawice.
Golf łokciami się rozpychał.
Sapał, stękał...
– A psik! – kichał.
Jakby tego było mało w szafie groźnie zatrzeszczało
i zadrżała szafa cała.
Zmartwi się Haneczka mała,
bo wśród tego zamieszania pomieszały się ubrania.

Pierwszy podniósł golf rękawy.
– Tak się kończą te zabawy.
Tylko patrzeć jak się zlecą złote mole i nas zjedzą.
Szalik dodał:
– Hania dbała, w piękną kostkę nas składała.
Golf ma rację - za chwileczkę mole potną nas na sieczkę.
Rękawiczki przyklasnęły.
Przeciągnęły się, ziewnęły.
Potem cicho, na paluszkach wspięły się po dwóch poduszkach
na szczyt ubrań:
- Zgińcie strachy! – zawołały - Precz od szafy! Prędzej wrota wyważymy zanim mole tu wpuścimy!
Wszyscy raaazem!
I raz jeeeszcze!
Ustąpiły drzwi nareszcie.

Wysypały się spódnice, czapki, swetry, rękawice,
szalik z bluzką i sweterek, a na końcu pulowerek.

Na to wszystko weszła Hania:
– Kto rozrzucił tak ubrania?
Przecież rano posprzątałam.
W szafie też poukładałam.

Znowu się do pracy wzięła
i ubrania uprzątnęła.

W szafie zgoda, miłość wielka.
Bluzka leży przy sweterkach.
Beret, czapka i spódnice
wyglądają wyśmienicie.
I śpiewają chórem.
Zgodnie:
– Znowu żyje się wygodnie.

No a mole?
Niechaj wiedzą, że w tej szafie nic nie zjedzą.

wtorek, 25 maja 2010

ślimaka wszechświat cały

fot. Bożena Kraczkowska

Wstałam dziś o 4 rano i poszłam do lasu. Co się będę wylegiwać w pachnącej, gdy świt wstaje.
Wzięłam ze sobą dwa psy - oba słodziaki, a jeden border - i zanurzyłam się w świtnym lesie. Szaro, słonka brak, ledwie ścieżkę widać. Ja zaspana, psy nie. A szczególnie border nie. U borderów zaspanie, zniechęcenie, smutek, oklapłość nie występują. Jeśli zaś występują, to znaczy że pies jest chory. 
Weszłam więc i idę.
- Jenyyy - pomyślałam - muszę dziś zrobić to i to, i jeszcze tamto. Nie chce mi się.
Westchnęłam, spojrzałam pod nogi, żeby ślimaka nie rozdeptać, bo kiedyś rozdeptałam i aż mnie kujło. Bardzo szkoda zwierzaka. I dobrze, że spojrzałam, bo akurat szedł. Winniczek.Był po prawej stronie ścieżki. I już się gięłam, żeby go odrzucić hen! gdzieś w trawę, gdy znowu pomyślałam:
- A może on ma jakiś cel, żeby na drugą stronę przejść. Może chce właśnie tędy przejść. Jak go odrzucę, będzie musiał od początku zaczynać. No... mogłabym go odrzucić w kierunku, w którym szedł, ale niech ma przyjemność zdobywania celu. 

Nie schyliłam się, nie odrzuciłam. Ominęłam i weszłam w głąb lasu. Nad rozlewiskiem zapomniałam o ślimaku. Psy się upaćkały, bo dwa żurawie były do gonienia. Wreszcie, po godzinie hasania, powrót. Zawsze wracamy przez bagno, żeby łapy w mchu opłukać. A z bagna znów na tę samą ścieżkę. Słońca nadal brak, ale jaśniej. Odruchowo spojrzałam pod nogi. Ślimak! Aaaa.... to ten sam. Był teraz bliżej drugiej strony. Przeszedł jakieś pół metra.
- Jenyy - pomyślałam - a może w tej jego wędrówce jest cała mądrość świata? Może lepiej przejść pół metra i być o pół metra bliżej celu, niż przelecieć wszechświat cały i celu nie znaleźć?
pozdrawiam

niedziela, 23 maja 2010

Biały deszcz

mam taki nastrój, że tylko tego chcę słuchać.
I pytanie na dziś - czy WSZYSTKO musi NIE być banalne?

"Biały deszcz"
słowa: Bożena Kraczkowska

czwartek, 20 maja 2010

Wenlock i Mandeville, czyli igrzyska Londyn 2012

Oto oficjalne maskotki igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 r.


Nazywają się Wenlock i Mandeville i powstały z kropli stali pochodzącej z budowy Stadionu Olimpijskiego.
Pomysłodawcy tych maskotek przekonali organizatorów igrzysk, że są one, te maskotki, OK. czytaj TU - http://www.elondyn.eu/news/499
Mnie też się spodobały, choć mam niewinne skojarzenia, odmienne od skojarzeń projektantów :)
zresztą sami zobaczcie. A może macie swoje skojarzenia?

Wenlock i kosmonauta

Mandeville i szwedzki zegar tzw. babula
Pozdrówki z lasu

poniedziałek, 17 maja 2010

piątek, 14 maja 2010

Zatorze. Lubię tę dzielnicę


Zatorze w Olsztynie. Lubię tę dzielnicę. Domy z grubymi murami, starzy ludzie i drzewa też stare, ale mocne, wysokie. Dużo pamiętają.
W tych domach niskie zadbane partery i maleńkie ogródki. Właściwie to nie ogródki tylko takie skrawki ziemi, nie szersze niż sam chodnik. A w ogródkach, gdy przyjdzie już lato, w cieniu drzew zafiolecią się bzy, łubiny, malwy i co tam jeszcze sobie ludzie wiosną wysiali. Codziennie przejeżdżam tędy w drodze do redakcji i codziennie wyobrażam sobie, co też tam się dzieje w tych domach. Ludzie gotują w czajnikach wodę, chodzą po schodach chłodnych klatek. Mrok, chłód, zapach ziemi i wilgoci.
Dzisiaj też jechałam przez Zatorze. Na skrzyżowaniu, w pełnym słońcu zobaczyłam panią Elżbietę Dudziuk. Bardzo charakterystyczna, elegancka z różową fryzurą. U pani Dudziuk studiowałam emisję głosu. Szło mi raczej kiepsko, ale może dlatego, że była wymagająca. Pamiętam też, że aby uruchomić przeponę, a raczej uświadomić sobie, że ją mamy, “podnosiliśmy” jedną ręką pianino. To znaczy
próbowaliśmy podnosić, bo gdzieżby się ono dało podnieść. W końcu jednak zrozumiałam zasadność posiadania przepony. Potem się okazało, że moja słaba emisja wynika z chorych strun głosowych i wylądowałam na urlopie dziekańskim.
I dzisiaj, kiedy zobaczyłam tę elegancką, dojrzałą kobietę z różowymi włosami wróciły wspomnienia. Fajne to były czasy. Potem, kiedy cała Polska śpiewała “Kobiety są gorące” Norbiego, dowiedziałam się, że pani Elżbieta jest jego mamą :)
Napisałam o tym, bo jechałam dziś przez olsztyńskie Zatorze. Lubię tę dzielnicę :)

sobota, 8 maja 2010

Basi bratki i magnolie



W olsztyńskiej Galerii Spichlerz (MOK) do 5 czerwca oglądać można piękne obrazy "IX przeglądu prac artystów ze Związku Plastyków Warmii i Mazur".
Na wystawie znalazły się dwa obrazy Basi Zysman: "Bukiet polnych kwiatów" i "Magnolie". Obrazy wiszą w Malachitowym Lesie od wielu tygodni (patrz "szuflady" - Galeria Basi"), a teraz mogą je podziwiać wszyscy :)
Basiu - wielkie gratulacje i dobrego sezonu!

czwartek, 6 maja 2010

bratki błękitki


Maja narysowała piękne bratki. Dzięki Maju za te błękitki.
No to ja do kompletu napisałam czterowiersz :)

bratki błękitki - źrenice moje
śliczności nakrapiane
gdy dzikie - wolne,
uczłowieczone - szarpnięte i sprzedane.

rys. Maja Ignasiak

niedziela, 2 maja 2010

za moim oknem

młode listki dębu wcale nie są podobne do starych :)

Z mojego okna widać świat.
Kilka lat temu świat był wyłącznie łąkowo-leśny. Myślałam sobie: jenyyy... ależ mam szczęście, że mojego okna widać łąkę, a łąka kończy się na granicy lasu. Malachitowego lasu. I od razu zaczęłam się bać, że za moment, za chwilę coś się w ten świat wryje i dziko go rozerwie skowycząc.
I wryła się koparka.
I rozdarła świat.
I widziałam jak rośnie dom. Jeden, drugi, trzeci. I płot. Moja łąka kończyła się teraz na granicy domu. Malachitowy las zaledwie się wychylał.
Teraz, z mojego okna widzę postrzępione czubki brzóz i sosen. Ale i tak wiem, jak silny jest wiatr.
Za moim oknem ludzie wydeptali ścieżkę. Chodzą tą ścieżką tam i z powrotem, tam i z powrotem. Cieszą się, że mają łąkę i las.
Na balkonie nowego domu ktoś zaczepił kolorowy wiatraczek. Żeby widzieć wiatr. Inny ktoś postawił na parapecie żyrafię. Widzę ją dokładnie, choć okno z żyrafą jest daleko. Marzenie o Afryce...
Gościu z pierwszego piętra suszy na balkonie dżinsy.
Trzy mieszkania pod rząd mają takie same rolety. Fani kremowych rolet.
Za moim oknem jest już inny świat. Ale nie szkoda mi łąki. Na kominach siadają sroki i kawki. Dzisiaj stadko kawek ganiało srokę samotnicę. Sroka siedziała na ziemi, a te nicponie nadlatywały chmarą, pikowały i odlatywały na pobliski dach. Ale zaraz się okazało, że to nie kawki ganiają srokę, a odwrotnie. Ach, sroka kusicielka. Wszystko się zmienia. Dobrze. Brak zmian oznacza śmierć. Za moim oknem.

wpisując tytuł tego posta, przypomniało mi się, że jest taka piosenka "Za moim oknem". Śpiewała ją kiedyś Maryla Rodowicz