poniedziałek, 24 stycznia 2011

gubię sny

słucham "Pierwszy siwy włos" z wokalem Maryli i gitarą basową Roberta (płyta 50.) i myślę powoli, powoli i bez emocji, że jak to jest, że mnie nie wolno rozmawiać z kierowcą autobusu, bo przecież nie wolno, bo nad głową kierowcy wisi naklejka z zakazem: "Rozmowa z kierowcą zabroniona". I ja ten napis widzę i nawet rozumiem - chodzi o bezpieczeństwo, chodzi o to, żeby nie rozpraszać uwagi kierowcy. Rozumiem to i dostosowuję się - nie rozmawiam. 

I dalej myślę - spokojnie i bez emocji, i pytam: czemu w samolotach, nad głową pilota nie ma podobnego napisu? Na zicher go nie ma, bo przecież gdyby był, to nikt nie rozpraszałby uwagi pilota. Nawet generał. 




jest taki napis i ja go rozumiem

Gubię sny, 

gubię dni.

Nawet, kiedy siedzę w barze

przy szklaneczce - nie mam marzeń.

Tak to jest.



Gubię wiersz, 

niebo też.
I pod nogi już nie patrzę, 

po co patrzeć - czas to zatrze.
Tak to jest.



Tak to jest:
nierzeczywistość, nieralaność, niedokrwitość.

Tak to jest.

Tak to jest:
niedowierzanie, niestosowność, niepłakanie.

Tak to jest.

Nie mam nic. 

Nawet widz 

bierze swoje i odchodzi.
Sen się nie śni, nie przychodzi.

Nie mam nic.

Nie mam nic, 

taki wic,
że od śmiechu wszystko boli,

jakbyś siedział w beczce soli.

Nie mam nic.

Tak to jest: 

nierealność, niepoważność, niebanalność. 

Tak to jest.

Tak to jest:
niedorzeczność, niepokorność i niegrzeczność.

Tak to jest.

Nie ma mnie.
Listy ślę.

W wirtualnych wydarzeniach 

nie spełniają się marzenia.
Nie ma mnie.

Nie ma mnie.

Nie jest źle,

nie istnieje nawet pustka,
wiatr nie zrywa z głowy chustki.

Nie ma mnie.



Tak to jest: 

nierzeczywistość, nieralaność, niedokrwitość.

Tak to jest.


Tak to jest:
niemówienie, niestąpnie, nieistnienie...
tak to jest...



czwartek, 20 stycznia 2011

KONIEC głosowania

KONIEEEEC głosowania!

Bardzo Wam dziękuję za sms-y,
w kategorii Blogi Literackie zgłoszono kilkaset blogów, Malachitowy Las zajął 20 miejsce. To bardzo dobry wynik! :)
Jednak tylko 10 pierwszych blogów przeszło do etapu III.
jeszcze raz dziękuję i pozdrówki! :)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

żyję więc pośród potworów

jestem wściekła i wściekam się, że się wściekam, a wściekam się, bo mamy w Polsce prawo do dupy. Kilku durniów urwało psu głowę. Media mielą. Mielą w dobrej sprawie. Mój komentarz:

jaki jesteś dla zwierząt, taki jesteś dla ludzi
jeśli krzywdzisz zwierzęta, prawdopodobnie krzywdzisz też ludzi
a jeśli krzywdzisz ludzi, jesteś potworem
żyję więc pośród potworów

kilku takich potworów ludzkość już przegapiła
stali się ludobójcami

wtorek, 11 stycznia 2011

milczenie, jakże wymowna forma wypowiedzi

Milczenie... jakże wymowna forma wypowiedzi.
Milczeniem nienawidzisz,
odtrącasz, krzyczysz: gardzę!

Milczeniem gwałcisz myśli, bo list bez odpowiedzi
wypełniasz domysłami.
Tym pełniej, im milczysz bardziej.

piątek, 7 stycznia 2011

życie za karę czy kara za życie?

zmroziła mnie wiadomość wczorajszego dnia (01. 01. 2011).
Otóż więźniowie brytyjskiego zakładu karnego Ford, niedaleko Arundel w Zachodnim Sussex, wszczęli bunt w noc sylwestrową i podpalili swój zakład karny (podał Daily Telegraph).
Zakład nazywa się HMP (Więzienie Jej Królewskiej Mości) - wygląda więc na to, że wybudował go rząd brytyjski m.in. z podatków swoich podatników, czyli uczciwie pracującego ludu (czyt. społeczeństwa). Wyjaśnię tylko, że więzienie to piekło dla już skazanych i straszak dla niezdecydowanych. Straszak ten straszy: jeśli dokonasz przestępstwa, trafisz do więzienia. Trafisz do ziemskiego piekła.
Więzienie jest więc miejscem, w którym bandziory odbywają karę. Karę dotkliwą. Mają tam m.in.: co najmniej trzy posiłki dziennie, ubranie, pracę, łóżko i czystą pościel. Wszystko za darmo. No może nie do końca za darmo - za to, że mimo straszaka zdecydowali się zostać łotrami, bandziorami, zbrodniarzami.
Antoni nie zdecydował się. Antoni starał się żyć uczciwie. Zwlókł się teraz z zatęchłego posłania i wyszedł przed szałas. Od czterech miesięcy mieszkał w lasku na obrzeżach miasta. Wypatrzył sobie ten lasek i zamieszkał w nim. Widok miał stąd ładny.
widok miał stąd ładny (pastele, autor: Barbara Zysman)

Do więzienia można dostać się za dokonanie zbrodni, za kradzież, za napad, pobicie, za zabicie dziecka, za gwałt. Za molestowanie seksualne już niekoniecznie. Za molestowanie seksualne idzie się leczyć. I leczenie taki molestant ma za darmo.
Antoniego od kilku tygodni boli ząb. Boli jak cholera. W noclegowni to nawet namawiali, żeby przychodził, czytał informacje, bo lekarz raz w miesiącu jest, trzeba tylko dowiadywać się, kiedy będzie. Ale Antoni wstydzi się. Z takim wyglądem do ludzi? Jakoś ten ból przetrzyma.
Zatem do więzienia trafia się za dokonanie przestępstwa. I to też nie tak od razu. Najpierw muszą przestępcę złapać. Ruszają więc radiowozy z oddziałem policjantów - plan A, plan B, blokady, pułapki, ekipa dochodzeniowa zbiera dowody, zabezpiecza ślady - odciski palców, DNA - laboratorium czynne całą dobę. Teraz do akcji wkraczają śledczy, kryminolodzy, powstaje portret pamięciowy łotra. Setki ludzi uwija się, głowi głowami. Będą tak pracować tydzień, miesiąc, rok, dwadzieścia pięć lat, a niekiedy bez przedawnienia. Ale warto, bo bandziora trzeba złapać i ukarać. Odizolować od społeczeństwa. Zamknąć w więzieniu, żeby już nigdy nikogo nie skrzywdził.
Antoni wyjął śpiocha z oka. Poczuł zapach skwaśniałego piwa. Obejrzał dłonie. Wczoraj wieczorem zrobił rundkę po osiedlowych śmietnikach i znalazł nawet kilka puszek po piwie, to i się pochlapał...
A w mieście śledczy rozgryzają psychikę bandziora. Chcą się dostać do jego głowy. Zrozumieć jego myślenie, podążyć za nim, przechytrzyć go. Wreszcie jest! Udało się! Już go mają! Teraz rusza machina sprawiedliwości - prawnicy studiują setki stron akt - chcą wiedzieć, żeby przemówić, żeby przekonać sędziego, poruszyć ławników. Prokurator sporządza akt oskarżenia, obrońca przygotowuje linię obrony. Zaczyna się proces. Pierwsza, druga, trzecia rozprawa, bo rozpraw musi być kilka, żeby społeczeństwo wiedziało z jak groźnym bandziorem przyszło im się zmierzyć. Telewizja, radio, prasa mają newsa! Złapali tego newsa, jak policja bandziora. I teraz ciężko mielą, mielą go wytrwale - rano, w południe, po południu, wieczorem. Oglądalność rośnie, bo bandzior zgwałcił, zamordował i obdarł ofiarę ze skóry. Po północy powtórka. Będzie tak, aż do spadku słupków. Potem news zniknie, jak znika stary rok.
A na rozprawie podlec uśmiecha się do widowni, bezczelnie patrzy w oczy ławnikom. Dobrze wie, że teraz oni - prawnicy, ławnicy, widownia, radio i telewizja, ten cały lud pracujący stał się jego ofiarą. Teraz ich obdziera ze skóry, bo to oni za wszystko płacą. Płacą i będą płacić, bo nie chcą mieć bandziora za sąsiada.
Antoni został wyrzucony z mieszkania (o przepraszam - eksmitowany), bo przez pół roku nie płacił czynszu.  Niektórzy sąsiedzi to nawet  burczeli, że jak to tak -  nie płaci, a mieszka. Przestali mu mówić "dzień dobry". A Antoni nie płacił, bo stracił pracę. Nawet zarejestrował się jako bezrobotny i dostawał zasiłek, ale pieniędzy starczało mu zaledwie na przeżycie. To jak miał opłacać? Szukał pracy. Poszedł na rozmowę do jednej hurtowni. Akurat szukali stróża, ale jak zobaczyli Antoniego, to powiedzieli, że szukają młodszego, silniejszego. Może gdyby miał psa... Ale Antoni nie będzie mieć psa. Po co zwierzę męczyć? Ledwie siebie utrzymuje. Teraz mieszka w lesie. Na to mieszkanie go stać. Tutaj nikt nie burczy, nikomu nie przeszkadza.
Po wielu miesiącach sąd ogłasza wyrok - dożywocie. Wprawdzie łotrowi należy się czapa, to jednak przecież społeczeństwo nie jest dzikie. Społeczeństwo jest humanitarne, więc dożywocie będzie OK.
Nie wszyscy zgadzają się z takim wyrokiem. Zwolennicy kary śmierci, z hasłami na patyku manifestują, krzyczą, krążą wokół gmachu sądu. Wyrażają oburzenie. Bo może się zdarzyć, że bandzior ucieknie z więzienia. Ucieknie i znowu zabije. Jednak rząd wydał ustawę, potem rozporządzenie do niej - zbrodniarz musi żyć, musi pójść do więzienia, musi odbyć karę. Karę dotkliwą, czyli: co najmniej trzy posiłki dziennie, ubranie, praca, łóżko i czysta pościel. No i łazienka. Łazienka musi być. I telewizor. I spacer. Biblioteka. Pralnia. Kuchnia. Łaźnia ogólna i lekarz. No i psycholog. Bo łotr ma prawo do godnego życia. Dożywotnio.
Antoni też ma prawo do życia, lecz niekoniecznie godnego. Po eksmisji, przez jakiś czas mieszkał w mieście, ale tam za wszystko musiał płacić, nawet za toaletę na dworcu. Po kątach Antoni nie chciał sikać. Do noclegowni zagląda wtedy, gdy nie ma już sił na wstyd. Czasem Antoni złości się na to swoje prawo do życia.
- A niechby i w końcu przyszedł tu jakiś łotr i mnie zabił - myśli wtedy. - Niechby mnie zabił i będzie koniec!
Myśli Antoniego nie wybiegają w przyszłość. Nie bierze do głowy, że w chwili, gdy zbrodniarz dokona na nim zbrodni, że w tej samej chwili ruszy potężna machina sprawiedliwości. Machina, która będzie chciała pomścić śmierć Antoniego. Machina, która będzie chciała złapać i ukarać zbrodniarza. I to ukarać przykładnie np. dożywotnim pobytem w więzieniu. Antoni płacił kiedyś podatki, więc należy mu się takie zadośćuczynienie. A że mu się życie nie udało... No cóż. Tylko czasem, gdy noc już nastanie, siada na skraju swojego małego lasu, w gwiazdy patrzy i pyta cicho: cóż takiego uczyniłem Panie, że tak mnie karzesz?

Antoni i bandzior. Dwa życia, jak dwie kary. Który z nich żyje w piekle? Który karę odbywa?
Odpowiedź została zaszyfrowana w wiadomościach z Sussex. Bandyci osadzeni w tamtejszym zakładzie karnym, nie mogąc już znieść upokorzeń, wpadli w szał i zniszczyli budynki swojego więzienia m.in. pocztę, salę gimnastyczną, pomieszczenie do gier stołowych wraz z dziesięcioma nowo zainstalowanymi stołami do bilardu.
Sala gimnastyczna? Antoni pamięta, że jak był w podstawówce, to dyrektor chciał nawet wybudować taką salę, ale nie wybudował. Antoni nie wie dlaczego. A bilard? Bilard to taka gra. Gdyby Antoni chciał w nią zagrać, musiałby zapłacić jakieś kilkanaście zeta za godzinę. Bandziory w więzieniach mają to za darmo. Za darmo mają też: co najmniej trzy posiłki dziennie, ubranie, pracę, łóżko... Bo bandziory mają prawo do godnego życia, a Antoni ma prawo żyć.

bajka Żabka i Żabek


dawno bajki nie było :)

Na osiedlu, przy studzience,
wyrósł trawy mały pęczek.
Wśród tej trawy Żabka z Żabkiem
zbudowali sobie chatkę.

W chatce sprzętów przybywało,
ale Żabce było mało:
– Chcę pod oknem mieć kanapę,
bo mój Żabek strasznie chrapie.
Niech przez okno to chrapanie
leci, a nie na mieszkanie.
Łóżko chcę i dwa fotele,
telewizor, by w niedzielę
słuchać wszystkich wiadomości
i na film zaprosić gości.
Chcę mieć lustro na suficie.
Chcę wciąż mieć.
Przez całe życie!

Żabek na to cicho skrzeczy:
– Nazbyt wiele już tych rzeczy.
Nie, nie nazbyt. Bardzo dużo!
Do niczego ci nie służą.

I na drugi dzień w południe,
wyniósł pełen kosz pod studnię.

W koszu były: dwa kalosze...
- bo kaloszy ja nie znoszę!
Butla z tlenem, płetwy z gumy...
– pływam bez aparatury.
Telewizor, dwa fotele..
– Bo nie lubię, by w niedzielę
siedzieć przed telewizorem,
ja po łące skakać wolę.

No i po co ci lusterko?
Przecież z przyjemnością wielką,
przeglądasz się w lustrze wody.
Po co łóżko? Dla wygody?
To jest wbrew naturze żabiej,
sypiać w łóżku, a nie w trawie.
A patelnia? Nie gotujesz.
Szczotka? Przecież nie szorujesz.
Po co krzesła? Ty nie siadasz,
a jak siadasz zaraz spadasz!

Żabek wyniósł na ulicę:
cztery szafy,
trzy prysznice
lampę, kredens,
trzy tapczany,
zamrażarkę i dywany.

Żabki chatkę wyczyściły,
i pod studnią się umyły,
a zadowolone z pracy rechotały do północy.

Po północy uzgodniły:
– Nie będziemy w chatce żyły.
Zamieszkamy w mokrej trawie,
przy ogromnym, pięknym stawie.

I jak rzekły, tak zrobiły.

Blisko żabich rodzin żyły.
Na obiad łapały muszki.
I kumkały do poduszki.

I wy także śpijcie zdrowo.
Jutro przeczytacie znowu
bajkę o dwóch Żabkach małych,
które w chatce mieszkać chciały.

niedziela, 2 stycznia 2011

krótka historia mojej kariery wokalnej

przygotowuję zdjęcia do nowego projektu fotograficznego, co wiąże się z wielogodzinnym przeglądaniem setek fotografii. I tak przeglądając, natknęłam się na zdjęcia z 2007 roku. Zdjęcia zostały zrobione w czasie opłatka, który co roku organizuje Maryla Rodowicz dla swoich fanów. Uśmiechnęłam się do wspomnień. Przy czterech zdjęciach zatrzymałam się dłużej. W oczywisty sposób ułożyły się w historię, którą można zatytułować: "Krótka historia mojej kariery wokalnej" :)
Proszę ten komiks potraktować jako żart, bo to jest żart :)

siedziałam, słuchałam i rosła we mnie wiara w siebie, że przecież i ja mogę śpiewać, i ja mogę zostać słynną piosenkarką. Muszę tylko mieć taką gitarę

Jest i gitara - warunek spełniony! Kilka próbnych dźwięków...

...i po mojej karierze wokalnej :)

jaka więc nauka z tej historii płynie?
Warto mieć zamiary i mierzyć doń siłę! :)

czwartek, 30 grudnia 2010

ballada polityczna, czyli jak Prószek w Nadprószność swoją uwierzył i co z tego wynikło

nie będzie podsumowań, choć teraz czas podsumowań. Ta ballada jest do-wolnym myśleniem moim na temat politycznego nadymania się i marności efektów jego, tego nadymania :)

Prószek z nieba prószył - drzewa mi połamał,
w piecu żar zadusił, świerszcze powyganiał.
Przykuł rzeczne brzegi, przycupnął na trawie.
Przeleciał prósznością ponad ludzkim prawem.

Zaprószył prószkami jeziora zielone,
przeciął starą górę. Nad morze wzburzone
wleciał z wielkim hukiem i z wielką pewnością
uderzył w to morze swoją Nadprósznością.



Jęknęło morzątko pod bielą lodową.
Skuliło się na dnie. Falą kryształową
przylgnęło do piachu, co niegdyś pod słońcem
wydmą się prężyło, jak maki na łące.

Nie trwało to długo, gdyż Czas nadszedł Wolny,
a Czasu nie zakuł nasz Prószek swawolny.
Nie zakuł, zapomniał w swojej Nadprószności,
że czas Pan Najwyższy w drodze do Wolności.

Że w małej sekundzie Czas uwolni dusze
i słodką odwilżą w kroplę zmieni Prószek.

Jaki z tej ballady morał się wyłania?
Czas zawsze jest Wolny i nie skujesz drania.
Czas zawsze nadejdzie.
Tak w kosmosie bywa.
Nadprószność choć Prószka z Czasem nie wygrywa.
:)

sobota, 25 grudnia 2010

Dobry Anioł czyli browar

Wszystkim przyjaciołom życzę Wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia!
"Będzie dobrze" - tak sobie mówcie, nawet wtedy, gdy powodów brak :)
Zostawiam (nam wszystkim) muzyczny prezent.
(chyba w końcu nagram płytę, taką prawdziwą i w końcu wydam książki, i wiersze wydam, i bajki.
Zrobię to wszystko w Nowym 2011 Roku. I jeszcze zrealizuję duży projekt fotograficzny w przestrzeni teatralnej.
I kupię w końcu obiektyw do aparatu. Już 4 lata zbieram na ten obiektyw i jak mam połowę to zawsze wyskoczy ktoś z potrzebą :) Jestem aniołem, ha, ha, ha!
Tyle mam do zrobienia...
Powiedzenie - nie musisz kupować browaru, żeby napić się piwa jest NIEAKTUALNE!

miłego słuchania mojej pastorałki i proszę zwrócić uwagę na tekst "świat się wybielił od święta" - cała filozofia jest w tym jednym zwrocie.
buziaki kochani i do zo w Nowym Roku przy twórczych działaniach!
i naprawdę nie jest ważne czy na tarczy czy z tarczą, na wozie czy pod nim, na scenie czy pod sceną. Ważne, że jest kawa :)


niedziela, 12 grudnia 2010

do skutku, czyli tak powstaje piosenka

najpierw napisałam wiersz "Do skutku"
leci on tak:

zakochać się można do skutku
i żyć, aż w końcu się znudzi,
i wszystko można do skutku,
i budzić się i nie-budzić.

Szczęśliwym być też do skutku!
I dobrym, bo człowiek potrafi.
Umierać też tak do skutku!
I trafić, gdzie nie da się trafić.

potem dopisałam do tego refren i znowu zwrotkę i refren i powstał tekst:

Uciekać można do skutku
na koniec świata lub skraje
i chować się też do skutku,
świętować grudnie i maje...

ref.
Na drodze, między lasami,
cień jeden, cień taki został.
Wspomnienie czasu - co z nami?
rozstać się, czy nie rozstać?

Szczęśliwym być też do skutku!
I pięknym, bo człowiek potrafi.
I szczodrym choć biednym - do skutku!
I dobrym, i dobrym, i prawym.

Ref.
Na drodze między drzewami
wiatr liściem i cieniem się bawi.
Zabawi się także nami,
nim ślad swój na włosach zostawi.

Zakochać się aż do skutku!
I żyć, aż w końcu się znudzi!
I wszystko można do skutku
i nawet się nie obudzić.

i na to wszystko zareagowała Ania Zamora (kompozytorka). Napisała muzykę i przysłała mi nagranie. Żeby posłuchać kliknij TUUUUU :)
Oto pierwsza wersja piosenki "Do skutku". Jak napisała sama Ania: wystarczy dodać sax i będzie spox :)
Zapowiedziała też koncert. Jestem już spakowana :)

"Do skutku"
wokal i muzyka: Ania Zamora
tekst: Bożena Kraczkowska


,

czwartek, 9 grudnia 2010

rozmowa esemesowa

Kicuś na drapaku

to: Anna

mamy drapaka, wieczorem montaż! 



re: Bozena:

łyżkę to chyba będziesz musiała podeprzeć, bo się złamie



to: Anna:

bardzo śmieszne, bardzo :)

re: Bozena:
takie sobie! moje miśki leżą dupami na zewnątrz, a to znaczy, że łycha pracuje na maksymalny moment gnący. Sama zobaczysz



to: Anna:
matko panie! zapomniałam zamknąć puszkę i Kicol wyżarł połowę!

re: Bozena:

Bozia kazała się dzielić



to: Anna:

ale on swoje wyżarł!!!



re: Bozena:

widać ich Bozia im nie kazała...



to: Anna:
Ty mądralo, dobre, dobre :)

re: Bozena:

a tobie co wyżarł?

to: Anna:
nic, ja swoje zdążyłam zjeść

re: Bozena:
to o co ten wrzask? było otwarte, to sobie wyżarł!



to: Anna:

ale on już 8 kg waży!



re: Bozena:

to nie ma zmiłuj, będziesz musiała tę łychę podeprzeć

:) ;) :)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

I'm a soldier / Ja soldat / 5 NIZZA

zachwycam się i zachwycam, więc sobie schowam do blogowej szufladki :) Zamorniku, Truskawa, Summertime, Mirek - co tym myślicie?

wtorek, 23 listopada 2010

Swing z irokezem, czyli "50" Maryli Rodowicz



recenzja w serwisie KULTURA.WM.PL

Wychowałam się na piosenkach dwóch bardzo wyrazistych muzycznie osobowości — Janis Joplin i Maryli Rodowicz. Pantera i puma :) I nigdy nie było mdło.
Sięgając po „50” (Universal), wiedziałam, że będą tam polskie piosenki swingowe lat 50. w wykonaniu Maryli Rodowicz. Pomyślałam: swing? A kogo to dzisiaj obchodzi? Co jeszcze można opowiedzieć swingiem? Okazało się, że można i to bardzo dużo.



Znając trochę fascynacje muzyczne Maryli Rodowicz oraz sposób w jaki traktuje tzw. materiał muzyczny, założyłam, że polskie piosenki lat 50. były w tym projekcie pretekstem, nie celem. Celem był sam swing, a raczej jego „wykorzystanie”. Odrzuciłam więc całą tę otoczkę epoki wraz z jej historycznymi i stylistycznymi obciążeniami, i zasiadłam do słuchania. I nawet jeśli moje założenie było błędne, nie rozczarowałam się.


Piosenki otwierające krążek („Wesoły pociąg”, „Do grającej szafy”, ”) to dynamiczne, gęste aranżacje (Krzysztof Herdzin) nie dające czasu na rozmyślanie o epoce, w której powstały, analizowanie tekstu, czy struktury utworu. Frazy sekcji dętej (Orkiestra Sinfonia Viva) w oczywisty sposób zakorzenione w brzmieniu amerykańskich zespołów big bandowych lat 30. i 40., poprzetykane zostały rock‘n’rollowymi i bluesowymi riffami gitarowymi (Marcin Majerczyk, Marek Napiórkowski) oraz fortepianowymi Krzysztofa Herdzina. To podrywa do tańca, więc nawet opornym nóżka sama zacznie chodzić (Jan Młynarski, perkusja).
„Klipsy” i „Czerwony autobus” są swingiem w czystej formie – z pełnym brzmieniem orkiestry i mnóstwem synkop. Komu mało - polecam „Karuzelę”, gdzie synkop jest jeszcze więcej (Krzysztof Gradziuk, perkusja).

Oddech złapiemy przy „Mój chłopiec piłkę kopie” i „Nie oczekuję dziś nikogo” – to przyjemny jazzowo-bluesowy spacer z szelestem perkusji, swingującego fortepianu, kontrabasu, smyczków i trąbki. Selektywnie i spokojnie. Z charakterystyczną dla Maryli zadumą.

„Czekolada” i „Serduszko puka w rytmie cha-cha” znowu poderwą biodra do tanecznego kołysania nie pozostawiając złudzeń – karnawał tuż, tuż, pora odkurzyć pióra i cekiny. W "Serduszku..." uwagę przykuwa wykonany przez wokalistę scat — lekki, prawie żartobliwy. To diamencik dla miłośników tego gatunku.

Czy coś mnie na płycie zaskoczyło? Oczywiście! „Pierwszy siwy włos” i kończące krążek „A mnie jest szkoda lata” – to miniatury z subtelnie prowadzoną gitarą basową (Robert Kubiszyn). Barwa wokalu Maryli Rodowicz (zaskakująco niskie rejestry) i aksamitne brzmienie fretless z ciszą w tle, to połączenie, na które mogą sobie pozwolić najlepsi. Trzeba mieć bowiem nietuzinkową wyobraźnię, by zaserwować słuchaczowi tak intymną frazę.

Płyta kończy się szelestem winylowej płyty... Ten szelest i nazwiska twórców piosenek są rzeczywistym łącznikiem "50" z epoką lat 50. Reszta jest na wskroś współczesna.

Moja ocena w skali sześciostopniowej, to bez wahania 6.
Płytę słucha się bardzo dobrze i świetnie się przy niej tańczy.


Po „50” z pewnością sięgną osoby pamiętające początki swingu w Polsce. Sięgną po nią także ludzie młodzi, którzy upodobali sobie lekkość, swobodę, wolność i niezależność – nieodzowne atrybuty nie tylko swingu, ale także wielu innych gatunków muzyki, ot choćby punka. Tak, tak, przy „Wesołym pociągu” czy „Cichej wodzie” można wywinąć niezłe pogo.
polecam - 
Bożena Kraczkowska


Fot. Aldona Karczmarczyk (Universal)

piosenki na płycie:
1. Wesoły pociąg - Marek Sart / Kazimierz Winkler
2. Do grającej szafy – Oppenheimer Gutter / Mirosław Łepkowski
3. Mój chłopak piłkę kopie – Jerzy Harald / Eugenia Wnukowska
4. Pierwszy siwy włos – Henryk Jabłoński / Kazimierz Winkler
5. Klipsy – Hanna Skalska / Kazimierz Szwemiot
6. Czekolada – Vic Mizzy, / Ola Obarska
7. Karuzela – Witold Krzemieński / Ludwik Starski
8. Czerwony autobus – Władysław Szpilman / Kazimierz Winkler
9. Nie oczekuję dziś nikogo – Derwid / Zbigniew Kaszkur, Zbigniew Zapert
10. Już nigdy – Jerzy Petersburski / Andrzej Włast
11. Cicha woda – Adi Rosner – Zbigniew Kurtycz / Ludwik Jerzy Kern
12. Serduszko puka w rytmie cha-cha – Romuald Żyliński / Janusz Odrowąż
13. Rozstanie z morzem – Henryk Jabłoński / Jan Kasprowy
14. A mnie jest szkoda lata – Adam Lewandowski / Edward Schlechter

producent muzyczny i aranżer: Krzysztof Herdzin, realizacja: Rafał Paczkowski, fotografie: Aldona Karczmarczyk
premiera płyty "50" Maryli Rodowicz (wytwórnia płytowa Universal) odbyła się w Klubie Capitol, Warszawa, 17 listopada 2010 r.

niedziela, 21 listopada 2010

paj z chlebem

pada już czwarty tydzień. Nawet żaba tego nie wytrzyma, a co dopiero taki żuczek jak ja. A podobno po zachowaniu żuczka można przewidzieć nadchodzącą ulewę. Na kilkadziesiąt minut przed urwaniem chmury żuczki wdrapują się wysoko na drzewa, na domki, na daszki, gdzie mogą tam się wdrapują. Żeby się nie utopić. Naukowcy jeszcze nie wiedzą, skąd żuczki wiedzą, kiedy trzeba zacząć się wdrapywać? :)

dzisiaj miałam wolny dzień, więc spędziłam go w kuchni. Lubię gotować, ale nie umiem. Myślę, że to dobrze, że wiem, że nie umiem :) trzy razy "że".
Postanowiłam zrobić paja ze szpinakiem.

przygotowałam produkty i zabrałam się do pracy

najpierw kruche ciasto, mąka i masło krojone nożem

teraz zagniatanie - gniotłam i gniotłam, i gniotłam i zagniatałam i rzeczywiście kruche było i było :)

szpinak z czosnkiem na patelni dochodził

Kicuś czosnku nie wytrzymał...

wreszcie ulepiłam. Teraz ciasto na godzinę do lodówki. Co robić z czasem?

drożdże do miseczki i zaczynam robić chlebek

zamieszane, zamieszane, ciasto do rośnięcia, teraz paj z lodówki i do pieca :)

i proszę bardzo - oto moje placki, tylko skórka na chlebie jakaś kostropata no i nie wiem, do czego miałam użyć tę latarkę? :)
Smacznego!

niedziela, 14 listopada 2010

z Marylą Rodowicz rozmawia Bożena Kraczkowska "Nigdy nie mów nigdy" '2003

otworzyłam ten dział, żeby nie zapomnieć, że jestem dziennikarzem i kiedyś to nawet pisałam :). To jest wywiad, który zrobiłam z Marylą Rodowicz w kwietniu 2003 r.
Zapraszam do lektury:

Miesięcznik "Nowoczesna Olsztynianka" / kwiecień 2003

W cztery oczy z Marylą Rodowicz

Nigdy nie mów nigdy



Zmieniały się mody i trendy, zmieniały się nawet ideologie, lecz ona wciąż niezmiennie młoda. Kontrowersyjna, ambitna, sprawiedliwa i ceniąca swobodę. W ciągu jednego tygodnia potrafi zagrać koncert charytatywny, polecieć do Londynu i wrócić do Szczyrku, żeby wręczyć Małyszowi "Wiktora". A potem jeszcze nagrania, Poznań, Werona i duży koncert w Moskwie.

- Jak tę Pani ruchliwość znosi rodzina?
- Cóż oni biedni mogą zrobić. Nie mają wyboru. Ponieważ Andrzej, mój mąż, także jest osobą bardzo zapracowaną, kiedy już wracamy wieczorem do domu, milkną telefony i jesteśmy wyłącznie dla siebie. Wieczorami muszę być żoną. Podać mężowi kolację... Skłamałabym, gdyby powiedziała, że rozmawiamy wówczas wyłącznie o sprawach domowych i rodzinnych. Andrzej pierwszy dowiaduje się o moich nowych pomysłach. Zawsze proszę go o radę i wielokrotnie wyszło mi to na dobre.

- Ma Pani trójkę dzieci, a każde uzdolnione...
- Jędrek, młodszy syn bardzo interesuje się muzyką. Ostatnio miał pomysł, żeby uczyć się grać na perkusji, ale teraz zmienił koncepcję na fortepian. To głównie dzięki niemu jestem na bieżąco z nowościami muzycznymi. Razem słuchamy Rage Against the Machine i Eminema. Ostatnio, jeśli się nie mylę, Jędrek kupił płytę B.B. Kinga. Zatem za moment będę słuchała bluesa.
Jasiek, starszy syn, interesuje się jazzem. Studiuje informatykę i jest na drugim roku gitary w Prywatnej Szkole Muzyki Rozrywkowej im. Krzysztofa Komedy w Warszawie.
Moje średnie dziecko, córka Kasia studiuje Hodowlę w WSR w Krakowie i marzy o własnej stadninie. Rozumiem to i popieram. Sama od zawsze kocham konie i jeżdżę...

- Także na motorze...
- Od wielu lat odgrażam się w wywiadach, że kupię sobie Harley'a. Moje dzieci już się ze mnie śmieją, że to tylko gadanie. Nawet przygodni motocykliści zaczepiają mnie i pytają: no i co pani Marylo, no i co?

- No i co Pani Marylo, i co?
- Oj, bo kupię.

- Ale przecie nie potrafi Pani jeździć na motorze.
- Jak to nie?! Przygotowując włoski odcinek programu telewizyjnego "Tour de Maryla" wpadłam na pomysł, że wjadę na scenę właśnie na motorze. I wjechałam na Motoguzzi. To dopiero była jazda!

- Właśnie rozpoczęła Pani dużą trasę koncertową promująca najnowszą płytę. Jak sprzedaje się "Życie ładna rzecz"?
- Dzisiaj wszystko sprzedaje się gorzej niż parę lat temu. Mimo to, "Życie..." utrzymuje się w stanach średnich, a wierzę, że będzie lepiej. Trasa koncertowa, o której pani wspomniała potrwa do września. Zagramy w tym czasie w 24 miastach Polski. Już się cieszę na koncertowe spotkania z fanami.

- Koncerty nie są jedyna okazja do spotkań. Często można się z Panią spotkać na równie aktywnej co Pani, stronie internetowej.
- To wyłączna zasługa moich fanów – Konrada i Darka oraz osób, które codziennie odwiedzają moją stronę. Z przyjemnością czytam wszystkie wpisy. Liczę się z opinią fanów i wierzę w ich szczere intencje. Anonimowość wypowiedzi powoduje, że czują się bezpiecznie. Mogą zatem bezkarnie krytykować lub chwalić.

- No to jakie jest to życie – ładne czy brzydkie?
- Życie jest piękne, ale nikogo nie oszczędza. I chociaż każdemu równo przykłada nie należy się poddawać. I taka jest też nowa płyta - choć momentami gorzka to jednak jest optymistyczna.

- Większość tekstów, które znalazły się na płycie napisał szerzej nieznany Marek Biszczanik. Dlaczego mu Pani zaufała?
- Od wielu lat przysyłał mi swoje teksty i zawsze znajdowałam w nich coś dla siebie. W końcu uzbierało się ich tyle, że postanowiłam je nagrać. Zawsze zwracałam i zwracam uwagę na sferę literacką piosenki. Tekst jest równie ważny, co muzyka. Pod koniec lat 60., kiedy zaczynałam śpiewać, fascynowały mnie protest songi Boba Dylana. Kilka z nich włączyłam do swojego repertuaru. Już wtedy chciałam śpiewać "o czymś". Potrzebowałam więc dobrych tekstów. Stąd współpraca m.in. z Agnieszką Osiecką, Magdą Czapińską, Wojciechem Młynarskim, Jonaszem Koftą, Adamem Kreczmarem, a ostatnio z Janem Wołkiem, Andrzejem Poniedzielskim i Andrzejem Sikorowskim. Czułabym się zażenowana, gdybym teraz nagle zaśpiewała coś błahego czy marnego literacko.

- Jednak media nie czują zażenowania puszczając marne piosenki.
- Niektórzy wykonawcy, ale także krytycy i dziennikarze przestali przejmować się poziomem polskiej piosenki. Piosenkarze sami sobie komponują, sami sobie piszą teksty i zdarza się, że robią to nieudolnie. Lansowanie potem takich utworów w radiu i telewizji bardzo skutecznie obniża poziom tzw. kultury masowej. Odbiorca nie ma wyboru. Sama kiedyś próbowałam pisać teksty. To były wypociny. Zostawiłam pisanie tym, którzy robią to lepiej. Mnie wystarcza, że mogę te dobre teksty śpiewać.

- Wróćmy jeszcze do początków Pani kariery. Czego wówczas Pani słuchała?
- Słuchałam rock'n'rolla, bluesa, muzyki folkowej. Na początku moimi idolami byli Elvis Presley, Cliff Richard, The Beatles, The Rolling Stones i The Animals. Potem przyszedł czas na cięższe brzmienia. Zaczęłam słuchać Janis Joplin, Led Zeppelin i The Doors. Ale moją największą miłością jest Aretha Franklin, a największym marzeniem – zaśpiewać w duecie z Tiną Turner.

- Zatem "nigdy nie mów nigdy". Z którym z polskich wykonawców chciałaby Pani nagrać duet?
- Och, z wieloma... z Kayah, z Grzegorzem Markowskim. Interesujące mogłoby się okazać "zderzenie" wokalne z Agnieszką Chylińską. A swoją drogą szkoda, że O.N.A. się rozpadło.

- Muzycy z "Maryla Band" nazywają Panią szefową, zaś niektórzy dziennikarze – lokomotywą. Czy rzeczywiście jest Pani taka silna i władcza?
- Eee... jeśli na koncercie coś jest nie tak, następuje ostra wymiana zdań. I najczęściej na tym się kończy. Muzyka nie znosi demokracji. Zależy mi, żeby wszystko było na dobrym poziomie. Aby to osiągnąć muszę wymagać. I wymagam od siebie i od innych.

- Lubi Pani szokować publiczność?
- A o czym Pani myśli?

- Na przykład o nartach na głowie. Czyj to był pomysł?
- Nie był to mój pomysł, a szkoda. Kiedy zatelefonowano do mnie z telewizji z propozycją wręczenia "Wiktora" Małyszowi, powiedziano: wbijesz sobie jakieś narty w głowę. Tak się uczepiłam tego pomysłu, że w końcu Halina Piwowarska, projektantka moich kostiumów, zamówiła gdzieś takie małe nartki. Było trochę problemów z zamontowaniem ich we włosach, ale w końcu jakoś się udało. Generalnie jestem wrażliwa na wszelką krytykę i zawsze z duszą na ramieniu czekam na reakcję publiczności. Ale właśnie ta niepewność rajcuje mnie najbardziej. Poza tym lubię bawić się kostiumem, żartować sama z siebie. Gdybym wyszła normalnie ubrana, ludzie byliby rozczarowani, że tym razem nic nie wymyśliłam.

- Bywa Pani zmęczona?
- Jeśli nawet bywam, to po wejściu na scenę dostaję takiego kopa, że o wszystkim zapominam. Pozostaje wyłącznie przyjemność śpiewania. Po koncercie bywam wyżęta. Siadam wtedy z muzykami, przyjaciółmi i gadamy, gadamy, gadamy...

- Gdzie i jak Pani wypoczywa?
- Na mazurach łowiąc ryby.

- A na co biorą liny?
Moje liny biorą na robaka. Dzisiaj można je kupić w każdym sklepie wędkarskim, ale kiedyś, w latach 70. był z tym nie lada kłopot. Pamiętam, że jeździłam po robaki do Szczytna, do pewnego fryzjera. Mazury są moją wielką miłością i jeśli tylko czas mi pozwala pakuję walizki i jadę pod Ełk do pensjonatu Zofii Nasierowskiej. Dopiero tam, wśród mrocznych przepastnych lasów naprawdę wypoczywam. Świetnie się tam czuję i dobrze śpię.

- Czy mąż podziela Pani wędkarska pasję?
- Wędkarstwo zdecydowanie nudzi mojego męża. Wierci się w łódce, wkłada ręce do wody i płoszy ryby. Nie, nie, on się do tego w ogóle nie nadaje. Dlatego najchętniej łowię sama.

- I sama Pani te robaki nakłada na haczyk?
- Nakładam, zdejmuję, patroszę ryby, smażę i zjadam. Czasem do tego zjadania jest nas więcej, ale generalnie wszystko robię sama.

- Ale Warmia i Mazury to nie tylko wypoczynek. Współpraca z olsztyńskimi muzykami, a szczególnie z Marcinem Wawrukiem miała duży wpływ na końcowe brzmienie dwóch ostatnich Pani płyt.
- Marcin jest świetnym fachowcem. Przy płycie "Przed zakrętem" wykonał kawał dobrej roboty. Podczas nagrywania ostatniej płyty przygotował i nagrał chór do piosenki "Marusia". Efekt jest znakomity.

- Podobno stale się Pani odchudza i wcale nie dba o głos.

- Nie podobno, tylko tak jest. Tendencję do tycia odziedziczyłam po babci i mamie. Rzeczywiście całe życie katuję się dietami i muszę uważać na to, co jem. Dzisiaj na przykład zaczęłam dzień od słabej kawy z mlekiem i twarożku ze szczypiorkiem i rzodkiewkami. Jeśli tylko czas mi pozwoli wpadnę po południu do siłowni. Wczoraj zatelefonowała do mnie moja trenerka i przypomniała mi, że nie widziała mnie już od miesiąca... Ostatnio dźwigam wyłącznie walizy. Prawdą także jest, że nie dbam o głos. Efekt jest taki, że wciąż jestem na antybiotykach, bo albo mam zapalenie krtani albo tchawicy. To już chyba jakaś choroba zawodowa. Właśnie skończyłam przyjmować kolejną serię antybiotyków. No, ale muszę być w formie, bo jutro nagrywam premierową piosenkę na festiwal w Opolu, a za kilka dni gram w Poznaniu, a potem w Moskwie.

- Ale Święta Wielkanocne spędzi Pani w domu?
- Niekoniecznie. Od dwóch lat Święta Wielkanocne spędzamy na Mazurach. Niewykluczone, że i w tym roku będzie podobnie. Natomiast Boże Narodzenie zawsze spędzamy w domu. Święta są dla nas szczególnym momentem i nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli kiedykolwiek spędzić je osobno.

- Życząc Pani miłych świąt, zapraszam do Olsztyna.
- Ja także życzę Państwu radosnych Świąt Wielkanocnych i zapraszam na nasze koncerty. Za dwa miesiące będziemy grać w okolicach Olsztyna – 28 czerwca zagramy w Mrągowie, a 3 lipca w Augustowie. Zatem do zobaczenia!
rozmawiała: Bożena Kraczkowska
fot. Marcin Janiszewski



zapraszam też do serwisu prasowego Marylapress.pl
*